2017-01-27

Workcamp w Kuterevo, 'Bears4Peace', Chorwacja.
Chorwacja ,lato, wakacje, schemat jest prosty-słońce, morze i leniwy wypoczynek.
Ten wyskok okazał się inny!!!!
Kuterevo maleńka wioska wysoko w chorwackich górach , morze - owszem 50 km, rzeka, jezioro -brak a za to murowany upał 36C.
Ale te góry miały inną atrakcję.
Włochate, brunatne miśki, mieszkające w leśnym schronisku, i nasza 3 osobowa rodzina zamieniona na 2 tygodnie w wolontariuszy w niedźwiedzim raju.
Workcamp Kuterevo to projekt chorwackiego pasjonata ratującego miejscowe niedźwiedzie, któremu pomaga chorwacka społeczność oraz młodzież z całego świata.
Mama, tata i synek łącznie 111 lat!!!-nie taka młodzież ,ale też chętni do pracy.
To jest właśnie zaleta workcampu- musisz się dostosować, 50-latkowie się odmłodzili co okazało się nie takie trudne.
Bariera językowa- ,,no problem”, przy gitarze i ognisku dużo łatwiej.
Że fizyczna praca-tym lepiej, w swoim mieście płacisz za siłownię tu masz ,,w cenie”
Że bez luksusów, ale w grupie entuzjastów z mocno ekologicznym programem
Po wyjeździe na plażę z leżakiem po 2 latach nie pamiętam wiele.
Z Kutereva odtworzę każdą chwilę: zapach, granie świerszczy, pomruk niedźwiedzi, trzask patyków w ognisku,widok tysięcy robaczków świętojańskich w górskiej przełęczy ,uśmiechnięte twarze wolontariuszy ,którzy z chęcią wypełniają swe zadania.
Wykonaliśmy kawał dobrej roboty, poznaliśmy mnóstwo ciekawych ludzi i wiele pożytku zabraliśmy ze sobą Wracamy!!
Viva Kuterevo!

Agnieszka, Jarek, Antek

2016-11-30

Hong Kong!


Brałam udział w 4 workcampach, także koordynowałam 3 w Polsce, ale najbardziej zapadł mi w pamięć ten z Hong Kongu. Mieliśmy tam wiele trudności do pokonania – zakwaterowanie, wolontariusze z Indii praktycznie nie mówiący ani słowa po angielsku, wiecznie nic nie wiedzący o planie na następny dzień koordynator, a nawet tajfun! Ale poznałam tam wspaniałych ludzi, a dwoje z nich stało się wręcz moją rodziną.

Oto nasza workcampowa ekipa: Koordynator Sam i jego żona Pat, Sarah, wolontariuszka IVS z Niemiec poniekąd zastępująca nam koordynatora, Lorie z Belgii, Khesav i Manoj z Indii, Emily z Grecji, Alberto z Hiszpanii zwany przez nas „the good abuelo”, Manú zwany „italian abuelo”, Cory  Belgii uważany przez większość dzieciaków za mojego brata bliźniaka, nasz nie zastąpiony Billy, Weasley oraz Jessie, którzy zawsze służyli pomocą przede wszystkim w tłumaczeniu, Asia czyli druga Polka z projektu, Katya z Rosji która w razie potrzeby tłumaczyłyśmy z polskiego o ile to było możliwe, i najważniejsza dla mnie dwójka – mój meksykański brat Juanito i włoska siostra Amanda, bez nich ta przygoda nie byłaby taka sama. Miałam wielkie szczęście, że ich poznałam.
Pracowaliśmy jako „human library” w szkołach, opowiadając dzieciom o naszych krajach. Młodsze nie znały angielskiego, więc zdjęcia były podstawą naszej rozmowy, a starsi nie chcieli nas wypuścić ze szkół dopóki nie zrobili sobie zdjęcia ze wszystkim blond Europejczykami. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie byłam na tylu zdjęciach jednego dnia! Szczególnie ostatniego dnia warsztatów na kampusie Chinese University of Hong Kong gdy razem z Włoszką ubrałyśmy się w chińskie sukienki.

Organizacja w kwestii zakwaterowania pozostawiała wiele do życzenia… Część wolontariuszy nie miała gdzie spać, rekordem było 14 osób i tylko 6 łóżek. W takich sytuacjach współpraca to podstawa, więc musieliśmy sobie jakoś poradzić.  Staliśmy się też mistrzami gotowania z niczego, szczególnie ja i Manú z Włoch, włoska pasta na różne sposoby gotowa w mgnieniu oka. Przez to i także moją znajomość języka włoskiego zyskałam ksywkę „polish italian”. Wolontariusze z Indii byli nie lada wyzwaniem dla reszty grupy, zazwyczaj po prostu nie wiedzieliśmy o co im chodzi i odnosiliśmy wrażenie, że nie rozumieją nic co się do nich mówi, więc było kilka śmiesznych sytuacji z ich udziałem, jak odpowiedź jednego z nich na pytanie co najbardziej zapamięta z workcampu – „Beautiful pictures of India”.

Przez tajfun utknęliśmy na cały dzień w naszym hostelu, a był to nasz dzień wolny od pracy, i nie mogliśmy wyjść z budynku. Aczkolwiek, zanim tajfun osiągnął stopień 7 mogliśmy wyjść by wrócić od razu gdy dowiemy się, że osiągnął ten stopień, bo MTR przestanie jeździć w przeciągu 2 godzin i nie będzie powrotu. Tak więc, razem z Amandą i Juanito wybraliśmy się do Hong Kong Parku do którego nie mogliśmy znaleźć wejścia i zanim je znaleźliśmy musieliśmy już wracać.

Nauczyliśmy się wielu nowych rzeczy, jak na przykład tradycyjnej chińskiej kaligrafii, podstawowych zwrotów po kantońsku, jak się targować na Ladies Market i jak nie zabłądzić w labiryncie przejść przez budynki w centrum miasta. Zobaczyliśmy wiele pięknych miejsc jak Big Buddah na Lantau Island a nawet kilkoro z nas wybrało się na wycieczkę do Macao.


Pomimo wszystkich trudności był to zdecydowanie jeden z lepszych projektów w jakim uczestniczyłam. Niezapomniana azjatycka przygoda razem z dwójką nowych najlepszych przyjaciół.

Pozdrawiam z Dublina,
Dominika Dąbek

2016-11-29

Odkurzamy bloga!

Byłaś/eś z nami na workcampie? Prześlij nam opis swoich doświadczeń, napisz czy i co workcamp zmienił w Twoim życiu, dołącz kilka zdjęć i prześlij na monika@jedenswiat.org.pl Najciekawsze wpisy nagrodzimy niespodziankami! Czekamy! 

2013-01-21

Monar Marianówek 2012 - relacja koordynatorek


W dniach 1-15 września 2012 odbył się kolejny workcamp w Monarze Marianówek. Siedmioro wolontariuszy z: Czech, Francji, Belgii, Rosji, Hiszpanii i Polski zaangażowało się w codzienną pracę z blisko 80 podopiecznymi ośrodka przebywającymi na terapii leczenia uzależnień. Plan pobytu był napięty. Praca w kuchni, stajni, na polu, przy stawach czy w stolarni były codziennymi zajęciami wpisanymi w rutynę dnia pacjentów. Socjalizacja przez pracę pozwoliła na przełamanie stereotypów zarówno dotyczących różnych nacji, jak i tych dotyczących ludzi z problemami narkotykowymi czy alkoholowymi. Uczyliśmy się siebie wzajemnie rozumieć i szanować, pokonując nie tylko bariery językowe, ale także te myślowe.

Po pracy był czas na zorganizowane przez nas zabawy integracyjne, zajęcia sportowe oraz gry terenowe i bufetowe, bo to w bufecie właśnie cała społeczność wieczorami mogła się wspólnie zrelaksować przy herbacie. Były wieczory tematyczne związane z krajami reprezentowanymi przez wolontariuszy, były akcenty kulinarne z różnych stron Europy, była niesamowita atmosfera. Trudno było się rozstawać, bo choć to tylko 2 tygodnie, to między pacjentami i pracownikami oraz wolontariuszami wywiązało się tyle pozytywnej energii, jakbyśmy byli tam wiele miesięcy i zżyli się ze sobą w codziennym obcowaniu, pracy, wzajemnej pomocy i zabawie.


Monar Marianówek prowadzący terapię młodych osób uzależnionych, to miejsce urokliwe nie tylko ze względu na swoje położenie i otoczenie natury, ale również na zaangażowanie jakie zarówno pacjenci, ich opiekunowie jak i wolontariusze wykazują każdego roku, by spędzić ten wspólny czas jak najpełniej. 


Dziękujemy ośrodkowi Monar Marianówek za współpracę oraz koordynatorce Asi Czechowskiej.

Praca w stajni


Wspólne ognisko


Wspólne gry w czasie wolnym


Budynek Monaru


Wszyscy wolontariusze
Motto Monaru


Nasi zagraniczni wolontariusze z terapeutą ośrodka podczas przygotowania plakatu

2012-11-30

Wspomnienia workcampowe Elżbiety Łałowskiej

W reportażu radiowej "Trójki" nasza wolontariuszka Elżbieta Łałowska opowiada o workcampach w obozie Ravensbrück (Niemcy) i o swojej pracy z uchodźcami w Rzymie (Włochy). Oraz zapowiada, że na workcmpy będzie jeździć do setki! Posłuchajcie:

Magda Skawińska "Ochotnicy"

Agata Kozłowska "Workcamp tam i z powrotem.Historia pewnego workcampu"

Fotoreportaż z workcampu w Portugalii nadesłany na konkurs na wspomnienie z workcampu w listopadzie 2012

"Workcamp tam i z powrotem. Historia pewnego workcampu"
 

Na workcamp dostaję się zawsze tak samo – chociaż część drogi pokonuję autostopem. Tym razem Polka i Czeszka musiały pokonać ponad 500 kilometrów z Madrytu w Hiszpanii do Obidos w Portugalii. Po drodze zbaczając z trasy.

W drodze do Grenady. Autostop bywa łatwy, bywa i trudny. W tym miejscu czekałyśmy kilka godzin na jakikolwiek samochód.

W końcu się udało! Grenada zaliczona.


Już dwa dni później byłyśmy w Lizbonie, jednym z najpiękniejszych miast na świecie.


I mamy na to dowód!

Do projektu zostało kilka dni, więc postanowiłyśmy odwiedzić inny workcamp – w Algarve. Pomogłyśmy im w przygotowaniu jazzowego koncertu. Dla takich widoków było warto.


W końcu dotarłyśmy do Obidos. Pierwsze kroki skierowałyśmy na plażę, w końcu autostop zostawia na człowieku sporo kurzu.

I znów mamy na to dowód!

Wolontariusze mieszkali w ogromnej sali gimnastycznej na wybornie wygodnych materacach. Czasami nie potrafiliśmy utrzymać porządku...

Obidos to malownicze miasteczko, architektoniczna perełka portugalskiej Estremadury. Jest otoczone zamkowymi murami, które jako wolontariusze mieliśmy oczyszczać z chwastów.

A tak wygląda przykładowa ściana. Do pracy trzeba było używać technik wspinaczkowych, a właściwie speleologicznych – wychodzenia po linie. Wspinaczka po murach jest zabroniona, można je łatwo uszkodzić.

Przed pracą niektórzy potrzebowali przeszkolenia wspinaczkowego – na tym też upłynęły nam pierwsze dni workcampu.

Tak wygląda odpowiednio wyekwipowany wolontariusz przed wyruszeniem na ścianę...

... a tak już podczas pracy.

Jak powszechnie wiadomo, na workcampach praca to nie wszystko. Udało nam się zobaczyć wiele przepięknych miejsc, jak groźna i wietrzna wyspa Berlenga.

Nasi przyjaciele speleolodzy uczyli nas nie tylko wspinaczki, lecz także surfowania w Peniche, które jest mekką surferów.


Patrząc na nasze uśmiechnięte twarze, można odnieść wrażenie, że projekt chyba się udał, prawda?

Tym trudniej było wracać do Madrytu. Oczywiście autostopem, tym razem dodatkowo z Anją z Rosji poznaną na projekcie. Nie raz pomogła jej znajomość portugalskiego.

 W końcu pozostało tylko czekać na samolot powrotny na lotnisku... we własnoręcznie zbudowanym ze śpiworów i ręczników schronieniu.